ekonomistyka

Twój nowy blog

Film pt. „Spisek Żarówkowy” opisuje bardzo złożony problem w niezwykle uproszczony sposób co zaciera obraz rzeczywistości. Osobiście przypomina mi to próbę opisu działania zegarka opierając swoją teorię na tym, że czas biegnie z powodu przesuwających się wskazówek i takie uzasadnienie całkowicie wyczerpuje temat zdaniem wielu odbiorców jak i twórców owej produkcji. Postaram się rozwinąć zagadnienie na które składają się przywileje, zmowy, cykl koniunkturalny oraz przyjmowany model gospodarczy i jego znaczenie przy produkcji i konsumpcji dóbr.

Chcąc przybliżyć temat posłużę się rysem historycznym. Dziś popularne jest twierdzenie, iż producenci splajtowaliby gdyby produkty były trwałe a podzespoły na tyle tanie aby wszelkie naprawy były możliwie jak najprostsze i najtańsze. Czy jest to prawda?
W dziejach ludzkości, począwszy od starożytności starano się produkować towary jak najlepsze możliwie małym kosztem, a decyzję o tym czy wybrać towar droższy ale lepszy czy tańszy jednak gorszy zawsze podejmowali klienci. Producenci (przeważnie lokalni wyrobnicy) mieli dodatkową motywację przy produkcji swoich towarów, gdyż w czasach prehistorycznych głównymi odbiorcami byli członkowie tego samego plemienia, więc wszelkie fuszerki szybko wychodziły na jaw, jednak możliwość dystrybucji była znacznie ograniczona przez co informacja o jakości produktu nie wędrowała zbyt daleko. Starożytność to okres dalszej dominacji wyrobników z tym, że informacja o ich produktach wędrowała często na wiele kilometrów a autorzy często zdobili swoje towary szczególnymi znakami mającymi na celu odróżnienie ich towarów. Tak rodziły się pierwsze solidne marki jak np. rzeźby Fidiasza których renoma przetrwała tysiące lat.

W średniowieczu nastąpił regres – po raz kolejny zawęził się obszar przepływu informacji, między producentem a konsumentem a poszczególni wyrobnicy często nie mogli rozwijać się zgodnie ze swoimi predyspozycjami ze względu na sztywne ramy społeczne i klasowy podział społeczeństwa (ciężko było zdobyć awans społeczny z chłopa na staż w cechu bez odpowiednich koneksji z władzami cechu, lub lokalnym władcą). Dobrzy wyrobnicy nie przejmowali się tym, iż ich „zbyt dobre” towary nie będą mieć zbytu, gdyż jakość zawsze była w cenie i tak np. producenci stali Damasceńskiej nie mieli problemu ze zbytem a tajemnicę produkcji swojego doskonałego wyrobu zabrali do grobu, i po dziś dzień nie udało się odtworzyć technologii która przewyższała swoją jakością dzisiejsze produkty ze stali.

XVIII i XIX wiek był czasem rozwoju produkcji masowej, powstawało wiele towarów, które jednak często odbiegały jakością od ręcznych wyrobów, jednak stać było na nie coraz większe rzesze odbiorców. Właśnie tym sposobem rynek zapewnił nisze dla producentów „masówki” którzy zaopatrywali rzesze mniej zamożnych odbiorców a producenci rękodzieła produkowali dobra luksusowe. W owym okresie cena była informacją o tym jakiej jakości jest dany towar, w krajach gdzie rodził się kapitalizm (Holandia, Anglia, Szwajcaria) podatki były stosunkowo niskie a prawo gospodarcze przejrzyste przez co informacja jaką niosła za sobą cena zgadzała się z rzeczywistością a rynek szybko eliminował próby oszustwa czy podrabiania markowych towarów.

Początki XX wieku zbiegł się z narodzinami 2óch ideologii wrogich rynkowi a więc i konsumentowi – były nimi socjalizm i keynesizm. Powtórnie nastąpił regres podobny do tego, który miał miejsce między czasami starożytnymi a średniowieczem. Keynesizm zakładał odejście od pokrycia walut w kruszcach czy innych dobrach, opierając podaż pieniądza na płynnej fiducjarnej walucie wpuszczanej do obiegu gospodarczego jako pieniądz dłużny.

Zachwiało to ilością pieniądza a więc i informacją którą za sobą niesie. Inflacja powodowała wzrost cen bez wzrostu jakości produktów, jako że podmioty gospodarcze są różne tak różnie reagują na inflację jedne dostosowują się szybciej inne wolniej co prowadzi do dyslokacji na płaszczyźnie producent-konsument. W takich warunkach towar niższej jakości mógł mieć wyższą cenę niż dobry co prowadziło do błędnej lokacji środków przez konsumentów (kupowali droższe i gorsze towary), przez co wiele solidnych firm produkujących towary wysokiej jakości skazane były na plajtę lub oczekiwanie na reakcję rynku (konsumenci potrzebują czasu aby przekonać się które towary faktycznie są lepsze, gdyż cena w keynesizmie niesie błędne informacje). Dodatkowym bodźcem przemawiającym tym razem do producentów była polityka kredytowa – keynesizm zakłada, zarzucanie konsumentów tanim kredytem przez co oni mają możliwość zakupu nowych towarów nie ponosząc przy tym kosztów (nie trzeba oszczędzać ani więcej pracować aby pozwolić sobie na dane dobra, gdyż bank udziela niskooprocentowanego kredytu z pieniądza fiducjarnego). Tym samym konsumenci częściej wymieniają swoje dobra, a najbardziej cierpią drobni ciułacze gdyż to z ich pieniędzy inflacja pokryje koszty rozdawnictwa pieniędzy przez banki centralne. Mamy więc do czynienia z sytuacją, gdzie cena niesie błędną informację (jakość nie zależy od ceny) a ludzie zalewani są pieniądzem – ta sytuacja prędzej czy później musi odbić się negatywnie na jakości towarów.

Socjalizm natomiast doprowadził do sytuacji w której możliwe stało uzyskanie przywilejów, a przywilej możliwy jest tylko w sytuacji ograniczenia praw ogółu. Tym sposobem powstawały spółki, które dzięki swoim koneksjom z rządami (mającymi zwierzchnią władzę nad bankami centralnymi powstałym zgodnie z ideologią keynesizmu), mogły otrzymywać preferencyjne kredyty (opłacane przez nieuprzywilejowane przedsiębiorstwa), dostawały możliwość oddłużenia, przywileje podatkowe, czy też rządowe gwarancje iż np. są wypłacalne przez co uzyskiwały status „nadfirmy” mogli produkować taniej, a konkurencja była trzymana w ryzach przez co stosunek jakości do ceny przestawał odgrywać znaczenie. Firma mogła produkować towary wysokiej jakości jednak, inna firma mająca lepsze układy z władzą mogła doprowadzić do sytuacji w której owa pierwsza firma zostawała niszczona czy to za pomocą organów państwa (urząd skarbowy + prawo gospodarcze dzięki któremu można sparaliżować każdą firmę np. przez półroczne kontrole), czy to obłożona wyższymi podatkami stawała się niekonkurencyjna.

Na wolnym rynku niezwykle trudne a wręcz niemożliwe jest zdominowanie rynku przez monopol, czy też trust. Każdy kto zechce zawładnąć rynkiem musi się liczyć z oddechem konkurencji na plecach, która to tylko czeka aby zdobyć dla siebie nisze czy to ze względu na jakość, cenę, czy większą produktywność. W sytuacji, gdzie władza nie ma możliwości faworyzowania danych przedsiębiorstw i ingerowania w gospodarkę (oddłużania upadających firm) pilnując porządku i zawieranych umów, wielkie firmy mogą stawiać opór konkurencji tylko przez jakiś czas, bo coraz to nowe podmioty zechcą robić bądź sprzedawać dane dobra / usługi lepiej i taniej. Dodatkowym argumentem przemawiającym za dominującym wpływie na gospodarkę małych i średnich przedsiębiorstw jest fakt iż duże firmy czy też korporacje mają tendencję do biurokratyzowania się co prowadzi do wzrostu kosztów, które przekładają się na wzrost wartości produktu lub/i obniżenie jego jakości. Jednak tylko duże przedsiębiorstwa mogą pozwolić sobie na długoterminowe, wymagające dużych nakładów inwestycje. Mimo wszystko w kapitalistycznych gospodarkach stosunek małych i średnich przedsiębiorstw do korporacji czy olbrzymich firm wynosi ok. 85-15, więc lwia część gospodarki należy do niewielkich często rodzinnych firm.


Małe i średnie przedsiębiorstwa

Teorię i doniesienia historyków potwierdza również historia współczesna. Warto posłużyć się historią Niemieckiej gospodarki RFNu po II Wojnie Światowej. Ordoliberałowie którzy przejęli ster gospodarczy zrezygnowali z keynesizmu i socjalizmu (starali się możliwie usprawnić mechanizm konkurencji). Cena niosła informację o faktycznej wartości towarów (marka była ściśle związana z koszykiem surowców, co zapobiegało jej nadmiernej emisji lub deflacji). Firmy dzięki jasne prawu gospodarczemu o znacznych swobodach przy prowadzeniu działalności prowadziło do szybkiego wzrostu ilości małych i średnich przedsiębiorstw a wielkie firmy i koncerny wzięte zostały pod obserwację. Plan ordo liberałów zakładał całkowitą prywatyzację, jednak chcieli oni uniknąć zmiany jednego państwowego monopolisty na prywatnego, postanowili więc dawać zielone światło konkurencji i stopniowo odcinali pieniądze dla rządowych zakładów, które to czując oddech nowych prywatnych firm na plecach musiały poprawiać jakość swoich usług. Właśnie w tym czasie narodził się Mercedes W114/115 (prawie 2 miliony egzemplarzy) a później W123/124 (2,5 miliona egzemplarzy) uważanych za „niezniszczalne”. Mercedes odnotowywał w owym czasie dużą sprzedaż, gdyż auta były często polecane i cieszyły się dobrą renomą. W tym samym czasie socjalistyczne NRD nie miało firm o tak dobrej reputacji ani z towarami o tak dużej trwałości. Kapitalistyczny RFN utorował drogę ku doskonałości, bezrobocie było mniejsze niż naturalne (poniżej 3%) a pensje bardzo szybko rosły, przez co coraz szersze rzesze Niemców stać było na kupno własnego samochodu. Firmy musiały ze sobą konkurować, więc każda musiała znaleźć niszę dla siebie aby nie zostać wygryzioną z rynku i tak, Mercedes uznał wysoką jakość (ale i cenę) za priorytet, Volkswagen niższą jakość (ale i niższą cenę), Audi i BMW stanowiły pomost między Mercedesem a Volkswagenem.

Z chwilą odejścia Niemiec od planu Ordoliberałów powstały korporacje motoryzacyjne uzyskujące różnorakie przywileje. Konkurencja nie jest już tak silna, gdyż państwo ratuje upadające fabryki. Obłożone wianuszkiem praw i przywilejów obniżają jakość swoich produktów, a keynesizm wymusza wprowadzanie ciągłych zmian w wyglądzie czy konstrukcji.

W podobną historię opiewa też słynna długowieczna żarówka, która została wyprodukowana w USA i świeciła się ponad 100 lat. Z chwilą ingerencji rządu USA w gospodarkę (keynesizm + socjalizm) możliwe było założenie Trustu między producentami żarówek, konkurencja była trzymana z daleka za pomocą różnorakich licencji które to wielkie koncerny (być może drogą „lobbowania” lub jak kto woli łapówkarstwa) otrzymały od ręki.

Film „Spisek Żarówkowy” jest więc typowym przykładem demagogii, starając zrzucić winę z gospodarczego modelu państwa (socjalistyczno-keynesowskiego) na złych, chytrych korporacjonistów, którzy nie wiedzieć czemu kojarzą się z wolnym rynkiem i kapitalizmem opierającym się na produkcji małych i średnich przedsiębiorstw a nie korporacji. Wolny rynek jest właśnie tym co hamuje zapędy chytrych i/lub nieuczciwych przedsiębiorców, wymusza na konsumentach podejmowanie racjonalnych decyzji (bo kupuje się za pieniądze na które się zapracowało a nie z kredytu co proponuje Keynes czy zapomogi co proponuje socjalizm a więc nie swoich pieniędzy). Przedsiębiorcy natomiast ciągle muszą główkować aby produkować / świadczyć możliwie dobre i tanie towary / usługi, bo konkurencja nie jest w kapitalizmie ograniczona rządowymi licencjami, nikt nie ma możliwości „lobbowania” w celu uzyskania przywilejów itp.
Twórcy filmu celowo (lobby producentów drukarek?) lub przez własną bezmyślność postulują aby celowe postarzanie towarów (obniżanie ich jakości) było kontynuowane i dalej się rozwijało bo tylko taki scenariusz możliwy jest w gospodarkach keynesistowsko-socjalistycznych, gdzie szansę na zagarnięcie rynku mają jedynie korporacje uzyskujące swoją pozycję za pomocą rządów działających w interesie własnych kieszeni a nie całego społeczeństwa.

Warto zadać sobie pytanie co tak naprawdę jest przyczyną zmian jakie mają miejsce w całej Europie. Wiele osób obserwując skutki źle rozpoznaje przyczyny takiego stanu rzeczy lub nie widzi ich wcale. Postaram się przedstawić mój pogląd na sprawę wzrastającej liczby imigrantów, niezbyt chętnych do integrowania się z europejczykami.

Co ściąga imigrantów do krajów Europy Zachodniej? Czy jest to kultura lub ciekawość? – być może ale jedynie w niewielkim stopniu.

Czy są to wysokie zarobki – oczywiście, jednak aby zarabiać trzeba pracować a żeby pracować trzeba kooperować z innymi ludźmi, trzeba świadczyć im usługi itp. takie działanie skutecznie ogranicza ciągoty w kierunku autonomii ludności napływowej.

Trzecią i najważniejszą przyczyną olbrzymiej emigracji do Europy Zachodniej jest zwiększanie należności świadczeń socjalnych – działanie takie ma wiele niekorzystnych działań jak np. obciążanie pracodawców kosztem pracowników i konsumentów którym daje się złudną wizję pieniędzy „które daje rząd”:

Mit pieniędzy dawanych od rządu

Czy problemy socjologiczne:

Patologie państwa opiekuńczego

Ważniejszą jednak kwestią jest ściąganie tzw. „elementu” łasego na wyłudzanie pieniędzy z opieki socjalnej co pokazuje doświadczenie im wyższe są owe należności tym więcej przyjezdnego „elementu” zjawi się w kraju, który w założeniu chciał pomagać swoim obywatelom gorzej radzącym sobie z rzeczywistością a faktycznie wspierający w głównej mierze ludność napływową – droga do piekła wybrukowana jest dobrymi chęciami. Dobrym przykładem będzie Norwegia posiadająca jedne z największych świadczeń socjalnych co pokrywa się z rosnącą ilością ludności napływowej:

Wyłudzanie pieniędzy z opieki w Norwegii

Bogaci ludzie wychowani w kulturze Europejskiej chcą zapewniać swoim dzieciom jak najlepsze warunki, wykształcenie itp. co wiąże się ze znacznymi kosztami przez co polityka rodzinna jest planowana przeważnie na 2+2 lub 2+3 aby dać wszystkim dzieciom szansę na jak najlepszy start w dorosłość – stąd też niewielki lub zerowy przyrost naturalny w bogatych krajach Europy Zachodniej. Zupełnie inne priorytety kierują ludnością napływającą z krajów trzeciego świata – w swojej ojczyźnie musieli mieć dużo dzieci gdyż śmiertelność noworodków jest wysoka, poza tym tylko dzieci są w stanie utrzymać rodziców na starość, gdyż ich produktywność nie wystarcza na odłożenie dóbr i środków w celu zapewnienia sobie stabilizacji finansowej na starość. Ludzie ci przeważnie bez wykształcenia czy doświadczenia zawodowego lądują na garnuszku państwa które to sowicie wynagradza ich za samą chęć do życia i daje wiele bonusów z tytułu np. spłodzenia potomka, który kierując się wzorem rodziców zasili grupę bezrobotnych żyjących ze świadczeń socjalnych. Grupa ludzi z roszczeniową postawą, uzależnionych od świadczeń, wychowanych w innej kulturze, widząc wyższy standard życia pracujących rodowitych mieszkańców zaczyna się buntować, powstają napięcia umacniane przez politykę ustępstw władz wobec imigrantów w myśl poprawności politycznej. Oto czym skutkują napięcia:

Zamieszki w Oslo

Narastające napięcia na tle ekonomicznym, etnicznym, kulturowym brak właściwej reakcji władz ustępujących pod naporem postulatów imigrantów skutkuje ich rozbestwianiem (dodatkowo potęguje je łagodność Norweskiego prawa i znakomite warunki jakie mają zatrzymani) czego efektem jest:

Epidemia gwałtów w Norwegii

Kraje Europy Środkowej i Wschodniej praktycznie nie mają tego problemu a wszystko przez (o ironio) ubóstwo tych państw, które nie mając pieniędzy na znaczne świadczenia socjalne nie mają problemu z imigrantami roszczeniowymi (w opozycji do nich stoją emigranci pracowici i wykształceni, którzy z założenia chcą się integrować i wtapiać w zastaną kulturę).
Niewielkie świadczenia i ostrzejsza polityka imigracyjna uchroniła też kraje takie jak – Liechtenstein, Luksemburg, Szwajcaria, Singapur, Nowa Zelandia przed tym co mają teraz kraje omamione ideologia multikulti i socjalizmu – Wielkiej Brytanii, Niemiec, Francji…

Islamiści i socjaliści w walce z kulturą Europejską

Jak to się skończy… czas pokaże, na obecną chwilę wszyscy są do siebie wrogo nastawieni a mało kto tak naprawdę wie jak ten problem rozwiązać.

W dzisiejszym wpisie przedstawię niepopularne opinie odnośnie narkotyków.

Jack Cole o prohibicji cz.1

Jack Cole o prohibicji cz.2

Złamać Tabu – dokumentalny

Zakulisowe realia wojny z narkotykami – progam \"Freedom Watch\"

Ron Paul o Legalizacji

Ekstaza i agonia cz.1
Ekstaza i agonia cz.2
Ekstaza i agonia cz.3
Ekstaza i agonia cz.4
Ekstaza i agonia cz.5

Liroy o marihuanie
PROHIBICJA

Wprowadzenie zakazu produkcji, dystrybucji, posiadania i używania narkotyków jest lustrzanym odbiciem wprowadzenia prohibicji na alkohol w USA.
Te same przyczyny, te same skutki i prawdopodobnie skończy się tym samym tj. legalizacją.

Pewnie wielu z Was zastanawiało się „dlaczego służba zdrowia tak źle działa?”, w tym wpisie postaram się lepiej naświetlić sprawę.

Po pierwsze system publicznej służby zdrowia z założenia musi być niewydolny bo rząd pobiera podatki (należy opłacić urzędników w tym celu wraz z całym ministerstwem zdrowia), kolejno część pieniędzy pomniejszona o wydatki na ministerstwo i operację przekazania trafia do NFZ (płacimy kolejnym urzędnikom rozdysponowujących pieniądze do szpitali i na leczenie), dopiero w tym momencie pieniądze trafiają do szpitali przy czym zostaje ich już dużo mniej niż gdyby trzeba było płacić bezpośrednio na same szpitale i lekarzy.
Kolejnym problemem jest to, że rząd i NFZ przeznacza cudze pieniądze na cudze potrzeby, co z ekonomicznego pk. widzenia jest najgorszym z możliwych sposobem rozdysponowywania pieniędzy:

4 Sposoby wydawania pieniędzy

Wiele osób mimo całego marnotrawstwa nie widzi alternatywy w zarządzaniu służbą zdrowia, co bierze się z obaw o ludzi nie mogących sobie samemu sfinansować opieki medycznej. Jest to oczywisty błąd bo dziś ta sama osoba musi utrzymywać oprócz samych lekarzy i szpitali również olbrzymią aparaturę biurokratyczną pochłaniającą gro środków.
Popularna jest również opinia jakoby koszty leczenia prywatnego były o wiele większe niż publiczne co bierze się pojmowania prywatnej służby zdrowia w realiach wszędobylskiej publicznej opieki medycznej. Ludzie zmuszeni płacić poczwórnie (muszą płacić na 2 biurokratyczne instytucje i państwowe leczenie + prywatnie) faktycznie odczuwają wyraźne koszty. Brak konkurencji i pieniądze z rządowej kiesy generują nakręcanie zbędnych kosztów w służbie zdrowia przy jednoczesnym obniżaniu standardów dlatego min. „bezpłatne” leczenie jest najdroższe z możliwych, oraz najgorszej jakości.

Co z biednymi, i niedołężnymi? Im powinny pomagać organizacje charytatywne – co zresztą już robią (a przecież powinno się tym zajmować państwo jeśli już bierze pieniądze, niech chociaż wywiązuje się z umowy!), poza tym lekarze prywatnych placówek przeważnie nie odmawiają pomocy nawet osobom pozbawionym środków działając zgodnie z przysięgą Hipokratesa

Czy ludzie pomarliby bez państwowej opieki? NIE! Dowodzi tego teoria:
Ron Paul o służbie zdrowia Cz.1
Ron Paul o służbie zdrowia Cz.2

Chorować w USA Cz.1
Chorować w USA Cz.2
Chorować w USA Cz.3
Chorować w USA Cz.4
Chorować w USA Cz.5
Chorować w USA Cz.6

Na koniec wrażenia ludzi żyjących w krajach o całkowicie prywatnych ubezpieczeniach:
Służba Zdrowia w Singapurze

Służba Zdrowia w Emiratach Arabskich

Jak uratować służbę zdrowia… na pewno nie przez kosmetyczne zmiany jakie planuje rząd, który jest głównym problemem.

http://www.zajawkowo.pl/film/7084/kabaret-moralnego-niepokoju—czy-prywatyzowac-szpitale-/

Płeć piękna spełnia w gospodarce niezwykle ważną rolę, dokonując wyborów podczas zakupów determinują darwinizm ekonomiczny i eliminują producentów nie spełniających danych standardów. Poza tym, dążenie do poprawy jakości, stylizacji czy ergonomii wielu rzeczy codziennego użytku wynikają właśnie z chęci zaspokojenia potrzeb klientek, które są przeważnie bardziej wymagające od męskiej części klienteli. Dodatkowym atutem kobiet, jest ich ciężka paca przy wychowaniu dzieci i dbaniem o dom co podnosi efektywność pracy męża jak również poprawia jakość przyszłych kadr – dzieci dłużej przebywające z rodzicami, pod ich dokładniejszą opieką charakteryzują się wyższym IQ, są mniej konfliktowe, rzadziej mają problemy emocjonalne. Kolejnym plusem po stronie kobiet w gospodarce jest ich pracowitość i umiejętności często z trudem przychodzące mężczyznom (np. związane z promocją produktów / usług).

Największym problemem ze zrozumieniem ekonomii i jej oddziaływania na życie jest ignorancja i brak dogłębnej analizy otaczającego świata połączone ze spłycaniem problemów. Rozumowanie o ustawodawcach jak o bogach mogących jednym ruchem pióra zmieniać rzeczywistość przez restrykcje i ograniczenia jest największym błędem dzisiejszych społeczeństw. Postaram się przedstawić faktyczny stan rzeczy a nie mity jakie starają się wciskać prorządowe media.

Obserwując sytuację w jakiej znajdują się kobiety w różnych regionach na świecie, istnieje związek między ich pozycją w społeczeństwie a panującymi warunkami ekonomicznymi. Pierwsze emancypantki walczącymi z więzami społecznymi nie narodziły się w feudalnych Cesarstwach i Królestwach, lecz w czasach kapitalizmu. Wzrost zamożności i nowe gałęzie usług oraz produkcji zwiększył udział kobiet w życiu gospodarczym tak konsumpcyjnym jak i usługowym.

Po raz kolejny trzeba zwrócić uwagę na to, iż żadne opresyjne przepisy nie mogą poprawić losu kobiet! Wszelkie feministki nawołujące do parytetów, zwiększania długości urlopów macierzyńskich, czy prawnego wyrównywania wysokości pensji itp. w bezpośredni sposób przyczyniają się do pogarszania losu kobiet. Jedynym znanym sposobem jest zwiększenie produktywności i gamy nowych gałęzi przemysłu a generować to może jedynie wzrost gospodarczy.

Sytuacja najgorzej wygląda w ubogich społeczeństwach, bez znaczącej różnicy w światopoglądowym środowisku w jakim przychodzi żyć płci pięknej. Spowodowane jest to uwarunkowaniami gospodarczymi, które zmuszają całą rodzinę (łącznie z dziećmi) do ciężkiej pracy. Czy prawo mogłoby to zmienić? Weźmy na przykład zakaz pracy dzieci – jedynym skutkiem jaki takie prawo przyniesie to praca dzieci w jeszcze gorszych warunkach pod groźbą kary ze strony władz, lub masowe porzucanie / aborcje a to z tego prostego powodu że ich rodzice nie są na tyle produktywni aby samemu zapewnić byt dla siebie i swoich dzieci. Najjaskrawiej przedstawiają się różnice między zacofanymi krajami Afryki które nigdy nie były pod wpływem ideologii kapitalistycznej Bastiata lub Adama Smitha a krajami rozwiniętymi krajami Europy zachodniej, USA czy Australii gdzie owe ideologie padły na podatny grunt i miały możliwość realizacji.

Jakoś nigdy nie przyszło do głowy feministkom parytet pracy w polu, czy kopalniach a jedynie równanie stosunek w kadrach kierowniczych społeczeństw wysokorozwiniętych – mamy do czynienia z czystą hipokryzją, gdzie brak jest woli do poprawy losu kobiet a jedynie polityczna rozgrywka dla samych feministek kosztem całej reszty kobiet.

Wraz z wzrostem kapitału (z rewolucją gospodarczą i wynikającą z niej technologiczną) coraz większe rzesze ludzi mogły pozwolić sobie na dobra coraz mniej niezbędne, poprawiające jednak komfort bądź zapewniające rozrywki. Wzrosło zapotrzebowanie na szwaczki, pisarki, pomoce domowe, guwernantki, nauczycielki, kelnerki w restauracjach, kucharki, florystyki, projektantki i wiele innych zawodów wyrosłych na chłonnym łonie konsumpcji. Jeden pracownik dzięki nowym technikom logistycznym i technologicznym mógł wyprodukować kilkadziesiąt razy więcej niż przed rewolucją kapitalistyczną, co łączyło się z proporcjonalnie większymi zarobkami, które mogły być przeznaczone na usługi o jakich wcześniej nikt nawet nie myślał. Kobiety po raz pierwszy mogły się uniezależnić od mężczyzn. Miały więcej wolności, co przekładało się na stosunek mężczyzn. Przestali być jedynymi osobami mogącymi utrzymać rodzinę, musieli więc znacznie bardziej miarkować swoje zachowanie i stosunek względem kobiet – tak w Anglii narodzili się XIX wieczni gentlemani.

Uwarunkowania w tamtym czasie były jednak dopiero w powijakach, jednak sukcesywnie wraz ze wzrostem produktywności rosła rola kobiet. Znaczenie siły i wytrzymałości zaczęły zastępować kreatywność, umiejętność nawiązywania kontaktów itp. w czym często kobiety są lepsze od mężczyzn. Wszystkie przywileje jakimi mogły cieszyć się kobiety wynikały z ich rosnących możliwości. Mimo wszystko pozostawiony został wybór, i dalej bardzo cenione były kobiety wykonujące niezwykle ważną i ciężką pracę polegającą na dbaniu o dom i wychowywanie dzieci. Możliwości owe zostały zauważone przez rządy, które wyczuły w tym możliwość zarobku. Zaczęły rosnąć obciążenia podatkowe, kobiety znów zostały zmuszone do ciężkiej pracy i powrót do czasów przedindustrialnych. Tak jak w biednych społecznościach gdzie kobiety muszą ciężko pracować, zajmować się domem i dziećmi tak dziś przez olbrzymie opodatkowanie ponownie są do tego zmuszane. Duża część dochodów pożeranych przez podatki, prawo blokujące rynek i hamujące możliwość realizacji się w pracy prowadzi do sytuacji gdzie mężczyzna lub kobieta sami nie są już w stanie utrzymać swojej rodziny, co jest zaskakujące przy olbrzymim potencjale jaki jest w osiągnięciach uzyskiwanych na przestrzeni ostatnich lat.

W znaczący sposób spada dzietność co powodowane jest przez konieczność pracy kobiet, przy wcześniejszym długotrwałym zdobywaniu kwalifikacji.
Jakie postulaty wnoszą w zaistniałej sytuacji feministki? – więcej kobiet powinno pracować! Nawet nie wspomną o daniu możliwości wyboru i polepszeniu losu całych rodzin.

Monika o kobietach

Wyrównywanie płac prowadzi do spadku zatrudnień kobiet – bierze się to z prostego faktu, przy obecnym stanie gospodarki od większości pracowników wymaga się cech bardziej sprzyjających naturalnym predyspozycjom mężczyzn, przez co kwalifikacje kobiet są stosunkowo niższe co łączy się z niższymi pensjami.
Wyrównywanie płac prowadzi do spadku zatrudnień kobiet – bierze się to z prostego faktu, przy obecnym stanie gospodarki od większości pracowników wymaga się cech bardziej sprzyjających naturalnym predyspozycjom mężczyzn, przez co kwalifikacje kobiet są stosunkowo niższe co łączy się z niższymi pensjami.
Parytety np. w spółkach giełdowych – z nimi jest ten sam problem, mężczyźni co wynika zarówno z badań jak i praktyki lepiej mają rozwiniętą lewą półkulę mózgu , bardzo pomocną przy wszelkich operacjach analitycznych. Taki parytet spowoduje pogorszenie się tej gałęzi gospodarki co odbije się na samych spółkach jak i na klientach, bądź zostanie zastosowany fortel polegający na zatrudnianiu kobiet „na słupa”, których rola w owych spółkach będzie ograniczona do pobierania pensji za którą zapłacą oczywiście konsumenci.

Jak poprawić obecny stan rzeczy? Po pierwsze należałoby zlikwidować rygorystyczne prawo pracy, ograniczające dostęp do pracy osobom o niskich kwalifikacjach lub zmniejszających ich szanse (co ma miejsce w przypadku przymusu płatnego urlopu macierzyńskiego przez który wiele młodych kobiet jest omijanych przez pracodawców). Kobiety mające duże kwalifikacje i znaczenie dla swoich firm nie będą musiały przejmować się obecnym problemem płatnych urlopów macierzyńskich, gdyż koszt utraty na stałe dobrego pracownika będzie wyższy niż owe opłaty, te które nie będą miały tak silnej pozycji będą mogły szybko wrócić na rynek pracy, gdyż przedsiębiorcy nie będą się bać obciążeń związanych z zatrudnieniem pracownic.

Gwiazdowski o macierzyńskim

Gdy obie zainteresowane strony będą godzić się na zawarcie umowy, pozwoli to na elastyczność przedsiębiorców i możliwość polepszania kwalifikacji pracowników.
Kolejnym krokiem powinno być obniżenie podatków a szczególnie opodatkowania pracy. Kiedy zarówno firmy jak i pracownicy będą mieli możliwość pomnażania i obracania swoim kapitałem poprawi to produktywność i zapewni możliwość wzrostu zarobków jak i majętności wszystkich.
Przy obu tych rozwiązaniach w szybkim czasie wolny wybór da szansę na realizację swoich planów zarówno kobietom chcącym pracować jak i tym chcącym zajmować się rodziną. Zapewni to komfort i bezpieczeństwo zarówno samym obywatelom jak i państwom borykającym się z problemem spadku dzietności.

Pytanie wydaje się banalne ale sięga bardzo głęboko w ekonomiczną sferę tzw. Rządowych inwestycji.

Drogi dla mieszkańców dużych miast pierwszym skojarzeniem są – korki, dla mieszkańców mniejszych – dziury, a wszystkich łączy „zima znów zaskoczyła drogowców”. Kolejnymi problemami są mała ilość dróg ekspresowych lub/i autostrad, oraz często absurdalne przepisy ograniczające prędkość w miejscach nie wymagających takich ograniczeń, czasami nie są przestrzegane nawet przez organy kontrolne innym razem są celem kontroli. Wiele też mówi się o bezpieczeństwie na Polskich drogach… a raczej jego braku, wynikającym z wcześniej wymienionych przyczyn.

Standardowym wybiegiem rządów jest: „stwórzmy nowe regulacje i prawo” czyli standardowe działanie po najmniejszej linii oporu przynoszące mierne efekty, czasami prowadzące do działań odwrotnych z zakładanymi. Jednym z takich działań było wprowadzenie fotoradarów, w założeniu miały one zwiększyć bezpieczeństwo przez zmniejszenie prędkości kierujących przy jednoczesnym wzroście wpływów z mandatów. Skutek był jednak taki, że kierowcy szybko zapoznali się z miejscami gdzie były zainstalowane, lub informowali się o ich rozmieszczeniu, faktycznie zwalniali przed fotoradarem ale zaraz po jego ominięciu przyspieszali chcąc nadgonić stracony czas. Jeśli zawiodło bezpieczeństwo to starano się chociaż utrzymać wpływy do budżetów, powstały projekty fotoradarów zakamuflowanych w śmietnikach i ustawianych przez straże miejskie „po lasach” często kamuflowane plandekami maskującymi. Kierowcy, którzy w ostatniej chwili spostrzegali takie pułapki często gwałtownie hamowali zwiększając zagrożenie, a po zapoznaniu się z lokacją ukrywanych fotoradarów wpływy szybko spadały tak, że sam koszt wprowadzenia urządzeń ledwo się zwracał.

Z problemem dziur często radzą sobie jeszcze szybciej stawiając znak „dziury przez x kilometrów”, lub łatając prowizorkami, które rozpadają się po niecałym roku.

Jednak moim zdaniem na bezpieczeństwo i jakość podróżowania najgorzej wpływa dominująca ilość dróg posiadających po jednym pasie w każdym kierunku bez utwardzonych poboczy. Ciągnik na krętych odcinkach krajowych dróg nierzadko hamuje ruch, prowadzi to do większego zużycia paliwa i opon pojazdów zmuszonych do hamowania i przyspieszania, nie wspominając o zagrożeniu przy wyprzedzaniu. Brak utwardzonych poboczy powoduje podobne problemy jak z ciągnikiem tyle, że ruch spowalniają wszelkiego rodzaju rowery, motorynki, skutery… które nie są tyle problemem dla aut osobowych co dla ciężarowych dodatkowo przyspieszających degenerację dróg, przez częste zmiany prędkości. Słowem tracą wszyscy zarówno użytkownicy jak i właściciele dróg.

Brak obwodnic powoduje dodatkowe utrudnienia ruchu w centrum miast, niszczące wibracje ciężarowych aut niszczą budynki, drogi latem zmieniają się w rynny po kołach szczególnie niebezpieczne dla motocyklistów, uciążliwe wibracje i hałas znacząco wpływają na komfort mieszkańców miejscowości przez które prowadzą większe arterie drogowe.
Dodatkowym ciekawym zjawiskiem jest corocznie zaskakująca drogowców zima.

W mediach za taki stan rzeczy obwinia się głównie brak środków – czy aby na pewno tak jest?
Lwia część cen paliw to akcyza, przeznaczana właśnie na budowę, renowację i obsługę infrastruktury transportowej. Wydatki rosną z roku na rok, mimo wszystko nie przynosząc znaczących rezultatów. Sprawę nieco poprawiły dodatkowe celowe środki z UE, jednak nie tak jak wszyscy mogliby się spodziewać po ich wysokości.

Co jest przyczyną tak olbrzymiej niewydolności Ministerstwa Transportu? Czemu budowa autostrad przed Euro musiało przypominać kroniki filmowe z lat siermiężnego socjalizmu z lotnymi hasłami „walka o terminy”, „bój o zamknięcie autostrad” itp.? Otóż taki jest charakter wszystkich rządowych inwestycji i inaczej wyglądać nie może.

Propaganda autostradowa

Pierwszą przeszkodą przy budowie dróg jest zakup gruntów. Gdy, ktoś dowiaduje się że przez jego teren ma zostać poprowadzona droga zaświeca się lampka z wizją olbrzymiego zarobku. „Bo przecież to z rządu będzie, to ile nie zaśpiewam tyle dadzą” – znów kłania się myślenie o nieprzebranych bogactwach w jakie opiewa władza. W takiej sytuacji cała inwestycja staje, trwają kosztowne procesy sądowe a kończy się na zapłacie często dwukrotności wartości działki. Jako, że płaci podatnik budowniczowie dróg mają w zwyczaju zawyżanie kosztów inwestycji, których nikt nie ubezpiecza „bo po co? W razie czego pójdzie się do TV i wydrze pieniądze od rządu” oraz celowe zaniżanie jakości aby tylko wytrwały do końca dwuletniej gwarancji „co byśmy robili gdyby drogi były solidne i dobrze zarządzane?” (i tak mamy częste przykłady gdzie zrywa się świeżo położony asfalt aby kłaść kanalizację, dodatkowe koszty plus łata z pewnością szybko się zużyje i za 2 lata znów będzie robota – a za wszystko zapłaci mityczny podatnik czyli również Ci, którzy robią te fuszerki). Dodatkowym argumentem przeciw inwestycjom rządu w drogownictwo jest charakter w jaki odbierają użytkowników – nie są traktowani jak klienci, a agresorzy niszczący nawierzchnię. Takie podejście przekłada się na niską jakość dróg i nakazowo-zakazowe podejście do użytkowników, którzy w założeniu ministerstwa powinni być wdzięczni za to, że cokolwiek mają a nie narzekają na zastaną sytuację. Z powodów wyżej wymienionych koszty budowy autostrad w RP są większe niż w Niemczech (przy czym ważnym czynnikiem są lepsze i większe niż na zachodzie sposoby na wyłudzanie pieniędzy przez Polskich budowniczych od rządu vel podatników).

Już całkiem absurdalnym pomysłem w Polsce są tzw. „prywatne autostrady” czyli inwestycje w większości sponsorowane z budżetu (płacimy pierwszy raz), za przejazd którymi trzeba płacić (płacimy drugi raz). Nie ma się więc co dziwić, że spora część użytkowników woli zapłacić raz i przemęczyć się okolicznymi drogami.

Można zaryzykować stwierdzenie, że gdyby którakolwiek prywatna firma prowadziła się tak jak ministerstwo transportu to poszłaby z torbami po krótkim czasie o ile wcześniej nie zlinczowaliby ich rozdrażnieni klienci.

Najskuteczniejszym sposobem byłoby wybieg polegający na zamianie właściciela z rządu na prywatnych. Problemem jest paniczny lęk przed wzrostem kosztów, i zmniejszeniu się jakości dróg w prywatnych rękach , dodatkowo podsycany przez media i władze, którym owy lęk jest na rękę i mogą dalej trwonić pieniądze z pozycji monopolistów.

Prywatne drogi

Najprostsze będzie przyrównanie dróg do sklepów. Kiedyś sklepy państwowe wyglądały tak jak dziś wyglądają drogi – klient traktowany jak intruz, słabe wyposażenie, niska jakość usług, brak dbałości nawet o pomieszczenia handlowe… jedyne co interesowało obsługę to własne profity uzyskiwane z „handlu na lewo”, i reglamentację towaru. Jedna z konsekwencji był wzrost agresji i incydentów w okolicach sklepu co powodowane było właśnie przez charakter państwowych sklepów wraz ze wszystkimi konsekwencjami ich niewydajności i mierności. Dziś podobnie sytuacja powtarza się w odniesieniu do dróg, na których rośnie ilość sfrustrowanych kierowców… media i rząd oczywiście przerzucają ciężar odpowiedzialności na „typowego Polaka” całkowicie pomijając meritum sprawy i faktyczne przyczyny.

Jak dziś wygląda sytuacja np. w galeriach handlowych? Mamy klimatyzowane przestronne pomieszczenia, ładny wystrój, miłą obsługę, czystość, wszystko dobrze oświetlone i wystylizowane, można często spróbować darmowych próbek, korzystać z toalety itp. Największym zaskoczeniem może być to, że przebywanie w takim miejscu jest całkowicie darmowe! Ba parkingi w centrach handlowych lokujących się w okolicach centrów miast często stają się ostatnią deską ratunku dla kierowców szukających bezpłatnego miejsca (oczywiście w miastach płaci się wiele podatków na rzecz miejsc parkingowych, ale jako że organizuje je władza zawsze jest ich za mało i trzeba płacić za nie dwa razy – w podatkach i opłatach bezpośrednich za np. parkometr).

Prywatni inwestorzy zyski mogą czerpać nie tylko z myta ale również z przydrożnych terenów, gdzie będą mogli pozyskiwać środki z przydrożnej infrastruktury, odpadnie całe marnotrawstwo bo z pewnością zadbają o minimalizację kosztów przy zachowaniu możliwie największej jakości usług. Źle prowadzone drogi doprowadzą do plajty ich właścicieli i zająć się nimi będą mogli bardziej zaradni. Być może dałoby się dostosować warunki oraz przepisy drogowe do aut i prędkość na nich będzie równie duża. Upłynniłoby to transport , którego zmniejszające się koszta wpłynęłyby na zmniejszenie cen towarów i ożywienie ruchu tranzytowego. Korzyści odnieśliby zarówno korzystający z bezpieczniejszych, lepiej zorganizowanych i wytyczonych dróg, właściciele dróg lepiej organizujących swoje przedsiębiorstwa, handlowcy, firmy transportowe (również zagraniczne) , a nawet konsumenci z nich nie korzystający. Istnieją plany, piętrowych zadaszonych, podziemnych, wielopasmowych, i wiele innych sposobów na poprawienie przepustowości i zwiększenie jakości podróżowania.

Zdawałoby się niewielka zmiana, nie wymagająca „czynu ludu pracowniczego” inaczej ordynarnego zdzierania z podatków polegająca na zmianie właściciela dróg, mógłby zrewolucjonizować transport i zmienić RP w kraj pionierskich, rewolucyjnych rozwiązań tak technicznych jak i społecznych.

Ekologia naczelny temat Unii Europejskiej, Senatu w USA i innych ustaleń z Kioto, ale właściwie o co cały ten szum? Podobno ocieplenie klimatu sprowadzić ma jakiś Armagedon, świat zaleje ocean, huragany, tornada, powodzie, susze, gradobicia… jednym słowem – kataklizm. Czyja wina? Oczywiście ludzkości i to nie całej ludzkości tylko tej ucywilizowanej. Każdy widział dymiący komin – z czym kojarzy się dymiący komin? Oczywiście z rewolucją przemysłową, lokomotywami itp. – z czym kojarzy się rewolucja przemysłowa? Z wykorzystywaniem ludzi pracujących w fabrykach zmuszonych do pracy po 15h na dobę, bezdomnymi dziećmi grzebiącymi w odpadkach, brudnymi błotnistymi ulicami, i wszechobecnymi melinami, bądź maszynami urywającymi ręce.
Przy takim systemie skojarzeń wystarczyło tylko znaleźć pretekst do ochrony ludzi, przed Armagedonem i powrotem do straszliwych czasów początku XIX wieku. Jak mówi ludowe przesłanie „jeśli chcesz kogoś walnąć to i kij się znajdzie”, w tym przypadku rolę kija przejęło CO2. Sprawa nabrała rozpędu dzięki takim gwiazdom polityki jak np. Al Gore, inni podłapali pomysł i postanowili całą sprawę rozdmuchać do „najważniejszej kwestii XXI wieku”.

Można zapytać co nakłania ludzi do brania udziału w tej osławionej walce z Globalnymi Zmianami Klimatu wywołanymi przez człowieka? Czy są to naukowe przesłanki? – NIE! Naukowcy są zgodni, że zmiany klimatu trwały od jej powstania aż po dzień dzisiejszy i to niezależnie od ludzkich poczynań. Ciekawy jest fakt, że wszystkie badania zwolenników teorii o globalnym ociepleniu przez człowieka zawsze zaczynają się od daty 1900r, czy wcześniej nie było zmian? Czysta manipulacja i odrzucanie wszystkich faktów niezgodnych z „jedyną słuszną teorią” nie dają szans na przebicie się racjonalnych głosów klimatologów mających inne zdanie. Jest jesień i jakoś marznąc podczas obchodzenia święta 1 listopada nikomu na myśl nie przyjdzie walka o jeszcze większe oziębienie klimatu, ale po powrocie do domu rozłożeniu się w wygodnym fotelu i podkręceniu ogrzewania przeciętny członek Greenpeace zaczyna zamartwiać się o los ziemi, a raczej zasobność swojego portfela…

Bloom o ociepleniu klimatu

Dochodzimy do sedna sprawy, mianowicie „gdy nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze”. Jakoś nie widziałem członków Greenpeace, którzy przykuwaliby się do drzew w Amazonii czy blokowali zalewanie tysięcy hektarów lasów i łąk podczas budowy tamy trzech przełomów w Chinach. „Zieloni” walczą tylko tam gdzie niewiele ryzykują a zyskać mogą dużo. W Amazonii wynajęci bandyci szybko rozprawiliby się z „ekologami”, rząd Chiński jeszcze szybciej… dlatego postanowili zaatakować i uzyskać wpływy tam gdzie zasadniczo obywatele wiodą spokojne, ułożone życie i nikt nie chce problemów. Ooo tak, gdy można dostać łapówkę przez blokowanie budowy autostrady w kraju gdzie co najwyżej dostaną kilkaset zł mandatu to dla nich świetna pożywka. Tak samo świetną pożywką okazują się rządy chętne do uzyskiwania korzyści od „zielonego” lobby.

Ezra Levant o hipokryzji Greenpeace

Omawiałem już temat dopłat – korzystają z nich beneficjenci mający świadczyć dane usługi i rząd kosztem wszystkich obywateli, tak jest i w tym przypadku. Wszystkie dofinansowywane z budżetu (oczywiście budżet to jakiś magiczny skarbiec z niewyczerpywaną ilością zasobów, bo mówienie że pieniądze w nim biorą się z kieszeni obywateli to już niewygodna dla nikogo prawda… a już z pewnością dla mediów finansowanych z budżetu) na zielone „Eko” projekty są świetnym pomysłem aby do rynku dopuszczać tylko „kolesi” czyli ludzi z półświatka ekologiczno-politycznego zakładające firmy o profilu odpowiadającym wymogom, które są ustawiane pod te właśnie firmy. Efekt jest taki – niewielu bogaci się kosztem wszystkich. Oprócz dopłat kolejnym elementem ograniczającym dostęp do rynku tylko do osób z kręgu „kolesi” jest blokowanie wszystkich innych przedsiębiorców przez prawo. Sytuacja wygląda tak – jesteś „kolesiem” masz dopłaty + likwidujemy Ci konkurencję, czyż życie nie jest piękne? Jest ale nie dla całej reszty, która musi wybulić w podatkach czyli pod przymusem.

Z góry piszę, że też jestem zwolennikiem oczyszczania środowiska z odpadów jakie się produkuje! Jestem tylko przeciwny formie w jakiej się to odbywa.
Na ten przykład normy emisji spalin dla aut – skutek jest taki, że trzeba instalować drogie katalizatory – oczywiście większość firm je produkujących prowadzona jest przez „kolesi”, rosną ceny katalizatorów, trzeba instalować specjalne wtryskiwacze „dopalające” paliwo… wszystko przenosi się na ceny aut. Skutek jest taki, że auta nie dość że stają się bardziej zawodne to i ich cena znacząco wzrasta bez szczególnego poprawienia komfortu czy szybkości podróżowania (co wiąże się również ze zdwojoną emisją CO2 potrzebną do wyprodukowania psujących się części). W takim układzie wiele osób decyduje się na stare auta. Dodatkowo większe ceny aut służących w transporcie, ich obsługi przenoszone są na konsumentów – rosną ceny praktycznie wszystkiego co jest dowożone do fabryk, sklepów … a nawet poczta, przy czym koszt rozłożony na wielu konsumentów wydaje się jednostkowo niewielki, jednak łącznie sumy są astronomiczne.

Zielony dostęp do rynku na przykładzie produkcji okien

Rządy mają jednak więcej pomysłów: „jak wydrenować obywatela”, takim pomysłem są np. „rządowe” (CZYLI ZA PIENIĄDZE PODATNIKÓW) inwestycje w zieloną energię. Godzinami można słuchać różnorakich przedstawicieli „elit u władzy” i „ekspertów” jakież to pożyteczne, jakież zyskowne, cudowne, innowacyjne, zyskowne projekty na „zieloną energię” posiadają. Jak zwykł mawiać Goebbels „kłamstwo powtórzone 1000 razy staje się prawdą”, tak jest i w tym przypadku. Obywatele nękani 24h/dobę propagandą nie zadają podstawowych pytań, nie szukają odpowiedzi… przyjmują wszystko bezkrytycznie, ba gotowi są nawet używać całkowicie absurdalnych argumentów aby tylko bronić nieracjonalnych teorii wyssanych z palca.

Pierwszym pytaniem jakie należy sobie zadać jest: „skoro to taki dobry pomysł czemu sam się nim nie zajmę?”. Tysiące biznesmenów ciągle walczy o każdą najmniejszą możliwą do wykorzystania lukę na rynku, każdy sposób na zarobienie – a tu rząd podaje na tacy receptę jak to zrobić. Otóż cały zachwyt znika kiedy do ręki weźmie się kalkulator. Inwestycje przeważnie nie mają szans na przyniesienie dochodu a jeśli już to, ich funkcjonowanie zależy od niepewnych … tak, tak dobrze znany DOTACJI vel OD ZYSKOWNYCH GAŁĘZI GOSPODARKI. Wiatraki jak się okazuje podnoszą temperaturę na obszarze na jakim się znajdują, koszt ich obsługi, wykupienia/dzierżawienia gruntów, budowy… przynoszą olbrzymie koszta, nieproporcjonalne do oszczędności na spalonym w elektrowni węglu, podobnie sprawa wygląda w przypadku turbin morskich, elektrowni słonecznych, biopaliw itp.

Złudzenie energetycznej niezależności

Dla ekologów ciekawym może być fakt jak „zielona energia” przyczynia się do wymierania gatunków, czego najlepszym przykładem jest Tama Trzech Przełomów, która doprowadziła do zamulenia rzeki Jangcy co było przyczyną wymarcia delfinów żyjących wcześniej w jej wodach. Turbiny podmorskie mogą spowalniać prądy oceaniczne niezwykle ważne dla całego ekosystemu ziemi, wpływające o wiele bardziej na klimat niż CO2 jakie kiedykolwiek było wyprodukowane przez człowieka!

Z rządowymi inwestycjami w „zieloną energię” wiążą się kolejno 3 negatywne czynniki:
-obciążenie zyskownych gałęzi gospodarki co powoduje wzrost bezrobocia, kosztów produkcji (podatki przerzucane na konsumentów), obniżenie wydajności ekonomicznej tych gałęzi co skutkuje spowolnieniem wdrażania innowacyjnych projektów wpływających na tańsze, szybsze, lepsze, mniej szkodliwe (również dla środowiska) sposoby produkcji i dystrybucji
-ingerencja w środowisko często przekraczająca spodziewane oszczędności w postaci emisji CO2
-zwiększenie rządowych wpływów i ingerencji w gospodarkę, co wiąże się z przepłaconymi, często źle wykonanymi inwestycjami, wzrostem biurokracji i wydatków

Każdy kto myśli o światowym odejściu od tanich paliw kopalnianych na rzecz drogiej energii odnawialnej w okresie najbliższych dziesięcioleci, żyje w świecie mrzonek. Właśnie dzięki tanim źródłom energii można tanio produkować wszystkie dostępne dziś towary i świadczyć relatywnie tanie usługi. Każdy kto wspomina o przejściu dziś na „Green energy” jednocześnie mówi: wzrośnie wam bezrobocie, wzrosną ceny towarów, wasza gospodarka nie będzie konkurencyjna przez co eksport będzie minimalny o ile w ogóle będzie, spadną wam płacę… ale za to może CO2 będzie mniej, choć faktycznie prawie nie wpływa na zmiany klimatu jakie mają miejsce.
Fakty są takie, że umacniają się gospodarki nie przykładające uwagi do emisji CO2, przez co ilość konsumentów gównie ropy rośnie co wiąże się ze wzrostami kosztów. Jeśli Polska nie chce stać na szarym końcu kolejki po wzrost zamożności, musi dostosować się do konkurencji i korzystać z taniej energii jaka jest dostępna.

Ważnym jest też fakt mydlenia oczu w mediach. Dowiedzieć się z nich można np. że wzrost cen ropy na światowych rynkach znacząco wpływa na jej cenę w stacjach… w czasie gdy ponad połowa to PODATKI, czyli koszty nie związane z rynkiem. Jeśli ktoś mówi o nagłym „końcu ery ropy, gazu i węgla”, to są możliwe dwie przyczyny dlaczego to robi 1-albo nie wie co mówi, 2-celowo chce kogoś nabić w butelkę. Zapasy ropy są dość pokaźne, dodatkowo odkrywane są nowe złoża, a gdyby nawet skończyła się płynna ropa to piaski roponośne w Albercie wystarczą na wiele lat. Przy czym, im większy jest popyt tym, większa cena co przy umacniającej się pozycji krajów rozwijających się może kiedyś zablokować tanie źródła energii dla Polski. Do tego czasu należy rozwijać gospodarkę, tak by jej wydolność była znaczna przy malejącym zapotrzebowaniu na energię i surowce to pozwoli zapewnić towary w niezmiennych cenach pomimo wzrostu kosztu energii.

gospodarka stanie się na tyle produktywna aby przeciętny obywatel mógł pozwolić sobie na inwestycję w „zieloną energię” , lub/i technologia zwiększy wydajność / zmniejszy ceny źródeł „zielonej energii” wtedy będzie można myśleć o dużych zmianach w pozyskiwaniu energii. Wzrost gospodarczy i majętność obywateli jest jedynym realnym sposobem na zmiany, żadna ustawa, żaden przymus nie przyniesie nic poza zubożeniem społeczeństwa… co jak zawsze najboleśniej odczują najubożsi a nie Greenpeace’owi działacze, którzy nie mają większych problemów finansowych.

Dziś grupą docelową aut o alternatywnym zasilaniu, domów z systemami odzyskiwania energii, paneli słonecznych itp. Stanowią zamożne osoby, aby proporcjonalnie zwiększyć udział „Green energy” należy tak ukierunkować gospodarkę aby jak najwięcej osób znalazło się w tej grupie. Jest to jedyny skuteczny sposób, powodujący wzrost nakładów firm na Eko technologie, bez uderzenia w mniej zamożne warstwy społeczeństwa i zwiększenie ingerencji w życie rządów.

PS. Nowe rezerwaty przyrody powstają za sprawą biznesmenów, specjalnie wykupujących resztki niezurbanizowanych części kraju właśnie w celu ochrony ekologii.

http://swiat.newsweek.pl/prywatne-parki-narodowe,48382,1,1.html

Wiele słyszy się o wspaniałych właściwościach naturalnych produktów spożywczych, a to że więcej witamin, a to że mniej substancji rakotwórczych, a to że zapobiegają wielu chorobom cywilizacyjnym… badania potwierdzają te doniesienia, więc ja z pozycji arbitra i zwolennika przyrody mogę tylko przyklasnąć tym twierdzeniom i badaniom.

Dużo się słyszy, dużo się mówi a jak wyglądają realia? – Największym wzięciem cieszy się tania żywność. Kolejki pod kasami w Biedronkach, Żabkach i innych marketach wydają nie mieć końca.

Zaraz, zaraz… skoro ekologiczna żywność to taki wspaniały pomysł to czemu sytuacja wyboru przez większość konsumentów zwrócona jest o 180 stopni od żywności ekologicznej? Najlepszą odpowiedź na to pytanie udzielić może ekonomia.

Wiadomo każdy woli towar lepszej jakości, a w jego nabyciu przeszkadzać może tylko cena. Kiedy przeciętny Kowalski widzi na półce np. chleb za 2zł i obok prawie identyczny za ponad dwukrotnie droższy (co prawda nieco smaczniejszy i zdrowszy) to wybierze ten pierwszy. Zrobi tak gdyż bardziej kalkuluje mu się zaoszczędzić niemal połowę pieniędzy przy niewielkiej różnicy w jakości.

Jakie więc jest wyjście z sytuacji w której przemysłowa produkcja, chemizacja czy sztuczne mutacje genetyczne wypierają bardziej naturalne sposoby produkcji żywności?

Pierwszym może być nakaz produkcji i dystrybucji wyłącznie „Eko”. Sposób najprostszy ale jak to często bywa z najprostszymi sposobami – nie zawsze są najlepsze. Efektem takiego działania będzie ograniczenie dostępu do żywności najuboższym, których nie będzie po prostu stać na droższy towar niezbędny do życia. Kolejnym problemem będzie „szara strefa” czyli jeśli prawo przeszkadza ludziom w zaspokojeniu swoich potrzeb będą oni działać poza jego granicami, co w prostej drodze prowadzi do wzrostu przestępczości i patologicznym przyuczaniu obywatela do malwersacji względem państwa. Wielu ludzi zostanie pozbawionych środków z których mieliby większy pożytek niż z żywności niewiele lepszej i znacznie droższej od tej produkowanej przy pomocy zdobyczy osiągnięć nauki i techniki.

Drugi sposób niewiele trudniejszy od pierwszego to dopłaty do ekologicznego rolnictwa i jego dystrybucji. Efekt będzie podobny do tego w pierwszym przypadku, jednak pozbawiony jest kilku wad. Dopłaty biorą się z podatków czyli z pieniędzy obywateli = wszyscy zubożeją. Plus jest natomiast w pozostawieniu „taniej żywności” na rynku, którą ze względu na zubożenie zmuszona będzie kupować większa ilość osób (dopłata sprawi, że koszt „Eko” spadnie w zależności od jej wysokości, im bliżej do zrównania ceny „Eko” z „przemysłową” tym więcej trzeba zabrać w podatkach i tym bliżej rozwiązaniu pierwszemu). Ten sposób jest najczęściej praktykowany przez rządy, stąd te rzesze ludności pod kasami w marketach. Rządy lubią ten sposób po przy manewrze odebrania na dopłatę z podatków i oddaniu jej części na zmniejszenie ceny „Eko” produktów, część pieniędzy zostaje zatrzymana w budżecie (np. przy zabraniu 100zł na dopłatę, rolnik czy handlarz „Eko” produktów dostanie 80zł a 20zł rząd i przez te 20 zł cena towaru nie spadnie adekwatnie do wysokości dopłaty – jest to kolejny argument przeciwko tej metodzie znacznie obniżającej produktywność, przy zachowaniu wielu wad metody pierwszej).

Trzecia możliwość jest najtrudniejsza i najskuteczniejsza ze znaczną korzyścią dla konsumenta – jest nią taki rozwój produktywności ludności aby wydatek na żywność nie stanowił dla nich zauważalnego obciążenia. Przy wysokich zarobkach koszt zakupu żywności staje się marginalny przez co konsument większą uwagę zwróci na jakość niż na zysk który przy jego wysokim standardzie życia nie zrobi mu większej różnicy. Przy odpowiedniej reklamie i informowaniu klienta o wyższych właściwościach produktów, raczej nie będzie problemu ze zbytem ekologicznych produktów. Najwięcej żywności ekologicznej sprzedaje się w krajach wysoko uprzemysłowionych, i wcale nie dlatego że jest ona tam tańsza tylko dlatego, że istnieje więcej potencjalnych kupców vel zamożnych ludzi. Oczywiście w każdym społeczeństwie pewna jego część będzie uboższa, więc wybór powinien zostać w rękach konsumenta a czynnikiem warunkującym podaż żywności ekologicznej zamożność ludności.

Jak w życie wprowadzać trzecią możliwość? Głosów jest co nie miara, dziesiątki książek i opracowań każdy może poszukać sobie odpowiedzi. Ja jestem zwolennikiem opcji pozostawienia ludziom wolnego wyboru co pewnie poznaliście po wcześniejszym wpisie. Jedno jest pewne jeśli jakiś polityk albo tzw. ”zielony” mówi, że: „trzeba dać ludziom ekologiczną żywności!” to wiedzcie, że ma na myśli pierwszy albo drugi sposób, czyli z całą pewnością niekorzystny dla was a już z pewnością powiększający rynek „przemysłowej” żywności. Tylko dzięki własnemu wyborowi i zwiększeniu produktywności będzie można bez szkód dla społeczeństwa zwiększyć udział żywności ekologicznej w ogólnej puli dostępnych produktów spożywczych.

Na koniec można wspomnieć o szczęśliwych świnkach hodowanych na najdroższą szynkę, karmione żołędziami i najlepszą pasza, na wolnym wybiegu – ten przykład najlepiej obrazuje poprawę zarówno warunków chowu, walorów smakowych, wartości odżywczych, a wszystko z chęci zysku i zaspokojenia popytu wymagających klientów.

Iberyjska szynka

Często słyszy się o „napędzaniu gospodarki”, „regulowaniu gospodarki”, „stymulacji” itd. Warto zadać sobie pytanie, czy w ogóle trzeba cokolwiek regulować? Jakie są przyczyny wadliwości gospodarek?

Jako wierny fan programów i filmów przyrodniczych, wpadłem na pomysł porównania ekonomii do rafy koralowej.

Można zapytać czemu od razu skreślam wersję o mechanicznym charakterze ekonomii – otóż podstawowymi podmiotami są LUDZIE, i chyba każdy zgodzi się, że nie jesteśmy maszynami. Kolejnym argumentem przeciwko, „machinalizacji” jest fakt uderzającego podobieństwa do przyrody z którą chciał nie chciał każde działanie jest związane – chociażby fakt potrzeby zaspokajania potrzeb wynikających bezpośrednio z naszej fizjologii (każdy musi jeść, mieć zapewnioną odpowiednią temperaturę itp.). Trzecim argumentem jest pycha rozumu, przekonanie o tym, że „ja bym to zrobił lepiej” a gdy znajdujemy się na miejscu w którym możemy coś zaprojektować okazuje się, że wcale tak nie jest – najlepiej widać to po działaniach polityków, niemal każdy z nich mówi „co wy robicie, jak ja bym zaczął sterować to by było lepiej” dochodzi do zmiany i… wcale nie jest lepiej a często jest gorzej. Wszyscy politycy mówiący o tym, że lepiej wyregulują gospodarkę w 100% się mylą, bo żaden człowiek tak jak nie może wyregulować rafy koralowej tak aby działała lepiej niż jest do tego stworzona tak nie można wyregulować ekonomicznych zależności, których struktury i algorytmy działania są tak skomplikowane, że nikt nie jest w stanie nawet dokładnie ich rozszyfrować a co dopiero mowa o sterowaniu.

Uwaga! Da się jednak stworzyć korzystne warunki do swobodnego i korzystnego rozwoju i te kwestie są w mocy polityków i to właśnie je należałoby wymusić na tych, którzy noszą miano przywódców.

W kwadratowych nawiasach  będę pisać o ekonomicznych odpowiednikach „rafowych realiów”

Warunki jakie są niezbędne zaczęło rozwijać się życie [handel, produkcja] w głębinach to odpowiednie podłoże [surowce, płożenie w pobliżu szlaków handlowych, naturalne zasoby jak ziemia, tereny połowów itd., ]  , dostęp do słońca [swobodny dostęp do środków wymiany i możliwość ich wykorzystania wedle własnych upodobań i potrzeb] i bezpieczeństwo oraz swoboda działania (sprzyjająca temperatura [ przewidywalne korzystne warunki czyli np. brak lub niewielka ilość trzęsień ziemi, tornad itd.], brak chemicznych zanieczyszczeń itp.) [prawo własności, sądy, policja, agencje ochrony, brak wojen vel silna armia, brak restrykcyjnych przepisów prawa o prowadzeniu działalności i prawa pracy, niskie podatki].

Kiedy zapewnione są wszystkie dogodne warunki, życie szybko zajmuje dany teren i zaczyna bujnie rozkwitać. Pojawiają się glony, koralowce, tysiące gatunków ryb, setki różnych gatunków krabów, ślimaków, rozgwiazdy, kałamarnice… i wszystkie te organizmy są ze sobą powiązane, często żyją w symbiozie, i wszystkie są potrzebne chociażby po to aby inne mogły żyć. Czy jest ktokolwiek, kto mógłby zaprojektować choć w połowie tak zgraną, zorganizowaną i produktywną machinę? Maszyny opierają się na tym, że więcej zużywają niż produkują, z żywymi organizmami jest odwrotnie, wykorzystując dogodne warunki produkują więcej niż pobierają! Właśnie dzięki tej nadprodukcji, możemy wycinać część lasów bez większej szkody pozostawiając obszar do ponownego zalesienia, można odławiać ryby o ile nie przekracza się pewnych granicznych wartości zaburzających działanie żywego organizmu jakim jest ekosystem (min. Rafa koralowa).

[badając zamożność krajów z ich wolnością gospodarczą, dochodzi się do prostego wniosku im więcej wolnego rynku tym zamożniejsze jest jego społeczeństwo a łańcuch powiązań i zależności bardziej rozbudowany niż w krajach o ograniczonej wolności gdzie przywódcy starają się sterować – ograniczając warunki swobodnego rozwoju zaburza się naturalny proces co prowadzi w prostej linii do mniejszych lub większych strat. Tak jest i w przyrodzie gdzie po sprowadzaniu nowych gatunków z chęci „polepszenia działania ekosystemu” niemal rujnowano okoliczny ekosystem]

Są też miejsca pozbawione światła i bezpieczeństwa jednak dzięki bogatemu podłożu rozwija się tam, życie co prawda nie tak bogate jak na rafach ale jednak – są to np. głębinowe kominy wulkaniczne [złoża ropy lub gazu], lub mniej bogate piaszczyste dna oceanów [ziemia nadająca się do uprawy] gdzie, żyją sobie np. rurkowce, ryby głębinowe itp. Jednak te strefy przeważnie skazane są na żerowanie na odpadkach z miejsc o korzystniejszych warunkach.

[Są bogate kraje bez wolności gospodarczej i bezpiecznych warunków, jak np. kraje bliskiego wschodu a swoje bogactwo niemal wyłącznie zawdzięczają bogatym złożom. W Europie krajem bezpiecznym i bogatym w złoża jednak znacznie sterującym swoją gospodarką jest Norwegia o wielkim potencjale ograniczonym przez swoich własnych przywódców]

Istnieje również bogate życie w samej toni morskiej. Pomimo braku podłoża, często przy braku światła (w wodzie już kilkadziesiąt metrów pod powierzchnią go brakuje), jedynie przy względnym bezpieczeństwie i swobodzie działania życie świetnie się rozwija. Setki różnych stworzeń, żyjących w głębinach od maleńkich ameb po olbrzymie wieloryby, kałamarnice, kryl, orki, setki gatunków ryb…

[odpowiednikiem miejsc odnoszących sukces ekonomiczny tylko dzięki swojemu prawodawstwu, względnemu bezpieczeństwu, i swobodzie gospodarczej to np. Szwajcaria, Singapur, Luksemburg – kraje bez bogatych złóż, bez zdecentralizowanego systemu bankowego („światło” we władaniu bankierów), opierające swoje wysokie standardy życia, silne gospodarki, znaczną zamożność wyłącznie na prawie gwarantującym więcej wolnego rynku niż w innych krajach ]

Odmian form i rodzajów ekosystemów tak jak odmian i form różnych uwarunkowań ekonomicznych jest bardzo wiele są też całe gałęzie nauki zajmujących się ich opisami. Zaobserwowane fakty są takie same inne natomiast pozostają wnioski. Są przyrodnicy uważający, że można byłoby usprawnić ekosystemy – ich działania „pomocowe” niemal zawsze kończyły się katastrofami, tak samo było w przypadku ludzi realizujących pomysły ekonomistów przemawiających za koniecznością wpływania na gospodarkę ich efekty widać jest najwyraźniej w Korei Północnej czy wielu krajach Afryki. Są też tacy uważający przyrodę za piękną i doskonałą w swej formie i działaniu poświęcający całe życie na opisywaniu choćby fragmentu zależności jakie występują między różnymi gatunkami, przyglądając się samej florze i faunie – tak też jest z ekonomistami opisującymi wolny rynek, którego odwrotnie niż w przyrodzie, jest niewiele. Większość rządów ogranicza możliwości ludzi zamieszkujących kraje przez nich rządzone, czy to dla chęci zwiększenia zysków swoich popleczników (tak jakby w przyrodzie nadać możliwość z korzystania z np. substancji w glebie, jednemu gatunkowi… wtedy rzesza innych od razu by wymarło a cała reszta byłaby zależna tylko od tej wąskiej grupy, która szybko zdominowałaby zależne od siebie inne gatunki), czy z chęci nadania swoim rządom pozorów dobroczynności i troski (tak jak Ci którzy z troski o farmerów w Australii sprowadzili drapieżne żaby mające eliminować okoliczne szkodniki – efekt jest taki, że żaby te zdominowały ekosystem, zaburzyły jego działanie plony są jeszcze mniejsze niż przed sprowadzeniem żab bo inne żyjątka np. spulchniające i nawożące glebę wymarły i teraz jest zagwozdka jak odkręcić całą sytuację). Nie dajmy się nabrać na miłe słówka i pozory dobrej woli! Tylko uwolnienie naturalnych możliwości może przynieść poprawę warunków wszystkim ludziom, którzy dopasowując się do nisz ekonomicznych znajdą swoje miejsce w świecie, staną się potrzebni innym i będą mieli dogodne warunki do życia i działania zgodnie z własnymi predyspozycjami (bo czy szczęśliwym może być ktoś, komu nakazuje się robić to co jemu nie pasuje?).

Dziś cały świat tonie w mrokach centralnej bankowości i prawie o prawnych środkach płatniczych (nie ma swobodnego dostępu do różnych środków wymiany). Monopol na rzucanie „światła” ma tylko wąska grupa bankierów, wszyscy którzy z niego później korzystają są od nich zależni. Bankierzy nie zostali drogą naturalnej eliminacji wytypowani na swoje stanowisko, dlatego ich działania są przeważnie wadliwe albo palą gospodarkę nadmiarem światła (wyrzut produkcji pieniądza fiducjarnego), lub wyjaławiają gospodarkę dając za mało światła (zmniejszenie podaży pieniądza poniżej wartości odpowiedniej dla rynku [ekosystemu]).

Ogranicza się też dostęp do podłoża i jego bogactw. Swoją drogą Polska jako kraj jest bardzo bogata pod tym względem, nawet niewielkie uwolnienie gospodarki powoduje znaczący wzrost zamożności co wydarzyło się np. za panowania Kazimierza Wielkiego. Bez ograniczeń wielu ludzi miałoby możliwość wpasowania się w rynek i korzystniejszego wykorzystania zasobów co w prostej linii doprowadziłoby do wzrostu produktywności, zwiększeniu ilości miejsc pracy, wzrostu zarobków itp. Dziś RP jest krajem o wielkiej ilości różnorakich licencji i prawnych „ochronek” dla różnych gałęzi gospodarki co skutkuje, wzrostem bogactwa jednostek przy jednoczesnym blokowaniu możliwości i zamożności całej reszty.

Strefa bezpieczeństwa i swobody działania też jest znacznie okrojona. Dziesiątki przepisów, nakazów, zakazów, podatków, rozrost biurokracji mającej stać na straży tych wszystkich legislacji… wszystko to ogranicza możliwości swobodnego korzystania ze swoich talentów, umiejętności, wchodzeniu w symbiozy z innymi ludźmi, zakładaniu firm i ich prowadzeniu, często prowadzi do bankructw z powodu błędów urzędników itd. To tak jakby w przyrodzie zakazać np. małym rybkom oczyszczającym skrzela zjadać pasożytów żerujących na większych rybach w obawie o to, że mogą je uszkodzić, lub opodatkować glony w zależności od ich wielkości bo i tak są wielkie i jest ich dużo – jaki byłby efekt? Duże ryby cierpiałyby od pasożytów, małe rybki straciłyby możliwość zdobywania pokarmu / skazane byłyby na wymarcie, glony zmniejszyłyby swoje rozmiary przez co wiele młodych rybek chowających się w ich gąszczu straciłoby swoje miejsce do życia a te które na nich żerują miałby miej pokarmu… i mniej więcej takie są skutki wszystkich ingerencji zarówno w przyrodę jak i gospodarkę.

Podsumowując sytuacja nie wygląda zbyt różowo ale możliwości jakie istnieją napawają nadzieją na dużo lepsze jutro! Dowiadując się więcej zawsze można odkryć nowe możliwości wyjścia z kłopotów szczególnie kiedy owo wyjście znajduje się na wyciągnięcie ręki!

Każdy kto bawił się żołnierzykami, lub grał w gry związane z wojną zwracał uwagę na wyposażenie swoich / swojego soldata. Od ekwipunku zarówno w grze jak i w życiu niejednokrotnie zależy bezpieczeństwo i przewaga na polu walki – celność, niezawodność, ergonomia broni, wytrzymałość, waga, wielkość kamizelki, a nawet jakość butów może przeważyć o tym, która armia zdobędzie przewagę (zakładając, że obie są na podobnym poziomie wyszkolenia, mają te same informacje taktyczne itp.). Jako fan militariów zadałem sobie pytanie: jak najlepiej i najmniejszym kosztem wyposażyć armię? Czy w ogóle jest to możliwe? Co historia mówi o wyposażaniu wojska?

Zacznijmy standardowo od historii jako, że podobno „wszystko już było” i „historia kołem się toczy”. Cofając się do prehistorii mamy obraz „armii” czyli grupy plemiennych osiłków wyposażonych w dzidy, łuki, miotacze oszczepów, proce, czy bumerangi (które występowały na całym świecie a nie tylko w Australii). Jak mogło wyglądać uposażanie takowych żołnierzy? Można to zaobserwować na przykładzie dzisiejszych kultur, które niewiele odbiegły od tamtych czasów np. przez izolację w tropikalnych niedostępnych lasach. Zaopatrzenie a raczej jego formy niczym nie odbiegają od dzisiejszych! – jedyne czym się różnią to skala i poziom techniczny a sama struktura pozostaje taka sama. Mamy pierwszą opcję rządowych firm zbrojeniowych i poboru (czyli wódź powołuje ludzi do obrony i ludzi do produkcji broni i wyposażenia), drugą opcją jest pobór i prywatne firmy zbrojeniowe (powołanie przez wodza ludzi do obrony i nakazanie im uzbrojenia się samemu), trzecia opcja to armia zawodowa i prywatne firmy zbrojeniowe (najsilniejsi ludzie sami przystępują do obrony pod wodzą najbystrzejszego członka wspólnoty, sami zaopatrują się w broń). Która opcja wydaje się najefektywniejsza i najskuteczniejsza? Po kolei postaram się omówić wszystkie:

W pierwszej opcji wódz ma największą władzę nad ludźmi, którymi kieruje. Ich los leży w jego rękach, ale jak zawsze muszą być plusy i minusy. Co prawda pozycja wodza nie jest niczym zagrożona jednak stan jego wojowników i ich uposażenia już tak. Wódź arbitralnie wybierający ludzi do wojaczki stara się dobrać ich tak aby nie zagrażali jego pozycji, jednocześnie dając radę wrogom – najprościej zrobić to dobierając młodych, i jakość zastępować ilością. Dobór wyposażenia wyglądał trochę inaczej. Wódz nakładający podatek na wszystkich mieszkańców na utrzymanie ludzi do obrony, zawsze chce zatrzymać sobie pewną część z tych dóbr, wybiera więc niekoniecznie najlepszego ale najtańszego wytwórcę broni i ekwipunku (problemu w czasie pokoju nie ma ale już w czasie wojny jest).

W drugiej opcji pozostaje problem z jakością żołnierzy przy komfortowej sytuacji wodza. Jednak sytuacja z uposażeniem jest już lepsza. Wódz dalej zostawia sobie część dóbr z podatków, ale sumy rozdziela między wojowników, którzy sami mają się wyposażyć. Oni już nie są tak beztroscy przy wyborze bo w końcu tu chodzi o ich życie! Dobierają najlepszych fachowców w zależności od środków jakie posiadają, jeśli pokój trwa dość długo mogą odłożyć pewne oszczędności i kupić wyposażenie wysokiej jakości, dopasowanej do preferencji danego wojownika.

W trzeciej opcji mamy największych zakapiorów z okolicy, połączonych z najbystrzejszymi ludźmi umiejącymi nimi kierować. W takiej sytuacji wódz musi dobrze się na kombinować aby utrzymać ich w ryzach (może to robić przez rotację wśród dowódców aby za bardzo się nie umocnili, nadawać im nowe przywileje, wprowadzić surową dyscyplinę czyli klasyczna metoda kija i marchewki). Armia złożona z takich ludzi ma największą siłę i dominuje nad innymi jednostkami taktyką, poziomem wyszkolenia itp. W połączeniu z zaletami jakie niesie dozbrajanie się we własnym interesie (konkurencja między producentami broni i ciągłe jej unowocześnianie przy spadku cen za starsze rodzaje broni) dostajemy produkt znakomite narzędzie… jednak skomplikowane przez co jego operator musi znacznie uważać aby samemu sobie nie zrobić krzywdy.

Czy wódz nie mógłby stworzyć zawodowej armii z ogranicznikiem jakim jest wyekwipowanie ich według jego uznania? Mógłby gdyby nie specyfika takiej armii, która widząc mierność swojego wyposażenia gotowa jest siłą domagać się poprawy jakości… najlepszym wyjściem zostaje dać im żołd i niech sobie sami radzą, to nie będą mieli pretekstu aby zwalić na wodza problemy z wyekwipowaniem.

Wszystkie 3 systemy organizacji armii występowały przez całą starożytność, średniowiecze, aż do dziś. Przykładów imperiów organizowanych podług tych 3 wzorów jest dość dużo. Imperia budowane według pierwszej miały bardzo duże armie, i ze względu na najbardziej komfortową sytuację przywódcy (Faraona, Cesarza, Króla itp.) najczęściej spotykane. Drugą opcję spotykamy zazwyczaj w krajach mniejszych będących pod presją ze strony dużych mocarstw – nie mogli sobie pozwolić na taką rozrzutność (bo zamówienia rządowe zawsze są najdroższe jako że każdy producent widzi pewny zarobek – źródło majętności władcy tj. podatki wydają się niewyczerpalne), koszty wyposażenia ponosili wojownicy opłacani przez swojego przywódcę (np. Galowie pod naporem Rzymu). Trzecia opcja była najbardziej destrukcyjna i skuteczna, jednak przy zmianie przywództwa na mniej inteligentne / charyzmatyczne imperia takie rozpadały się (np. Imperium Mongołów podbijające dzięki swej sile o wiele większe i bogatsze Chiny z niemal całą Azją, plus znaczna część Europy).

Zajmując się dokładnie przykładem naszej pięknej Polski mamy praktycznie całą pulę i różnorodność w systemach organizacji wojska (ze szczególnie kawaleria, która na naszym terenie najlepiej się sprawdzała i była najskuteczniejsza).

Za czasów Mieszka I mamy drużyny czyli ludzi wybieranych przez wodza (jeszcze nie króla), jednak po dokonaniu poboru drużyna w swej funkcji bardziej przypominała armię zawodową, podstawowe wyposażenie zapewniał wódz a ulepszenia w ekwipunku można było nabyć na własną rękę.

Król zajmował się zlecaniem budowy struktur obronnych (zamki, barbakany w miastach itp.). Jednocześnie druga opcja struktury znacznie się wzmacniała, rycerze na co dzień doglądali swoich majątków, a w razie wojny byli powoływani – czyli cały ekwipunek i uzbrojenie zmuszeni byli sami sobie organizować, w zamian za udział w wojnie dostawali nadania, przywileje itp.

Z rycerstwa w Polsce wyewoluowała husaria. Była to elitarna formacja wojska zawodowego – znana z historii i filmów. O ile w reszcie Europy potęgi królów rosły kosztem rycerstwa, które zamieniano na armie z poboru wyposażane z budżetu państwa, o tyle w Polsce klasa wojowników umocniła się kosztem króla. Znaczne uwolnienie gospodarki za Kazimierza Wielkiego (miasta budowane na prawie Magdeburskim, uwolnienie chłopów – niestety tylko na trenach osadczych, nadanie znacznych autonomii włościanom, reformy prawne) doprowadziło do Polskiego cudu gospodarczego: „zastał Polskę drewnianą a zostawił murowaną”. Wolny handel zbożem, większa wydajność produkcji osadczych wolnych chłopów, wolne miasta… przynosiło to wszystko znaczny zarobek zarówno w budżecie Rzeczypospolitej Obojga Narodów jak i byłego rycerstwa, które nie utraciło dawnego etosu. Znaczny przypływ środków zaczęto inwestować w uzbrojenie, wyekwipowanie szkolenia itp. Tak zrodziła się najlepiej wyposażona, i najlepiej wyszkolona kawaleria jaka kiedykolwiek istniała. Sam koszt zakupu konia równoważny był 60kg srebra, a szable jakością nie ustępowały Samurajskim mieczom. Dziś na filmach husarzy są zuniformizowani (wszyscy wyglądają jednakowo), jednak jest to wymóg cięcia kosztów na film, w rzeczywistości każdy miał inne ozdoby, inne skóry na plecach (bogatsi skóry dużych kotów, mniej zamożni wilcze), ich stroje różniły się też kolorem i rodzajem materiałów. Samo uzbrojenie również było „szyte na miarę” a każdy element był dostosowywany do wymagań jakie stawiał płatnerzowi husarz. Ciekawostką jest faktyczny brak dużych ozdobnych skrzydeł husarskich o czym więcej tutaj:

Uzbrojenie Husarza
Koń Husarski
Husaria i Szwedzi
Husaria w natarciu

Husaria nie została rozwiązana ze względu na brak swojej przydatności na nowym polu walki – bo jej taktyka i wyposażenie ewoluowało wraz z zmieniającymi się warunkami na polu walki. Jak mówi mądrość ludowa „jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze” i tu jest dokładnie taka sytuacja. Po okresie rządów Jagiellonów, królowie chcieli więcej władzy dla siebie, jednak szlachta ochoczo nie chciała odstąpić swojej wysokiej pozycji. Królowie przystąpili więc do sprytnego fortelu, osłabianie szlachty dzięki „dobrym intencjom”. Jak powszechnie wiadomo „droga do piekła wybrukowana jest dobrymi chęciami”. Ograniczanie chłopskich resztek wolności, pod pretekstem wzmocnienia pozycji szlachty, cła pod pretekstem ochrony interesów szlacheckich… wszystkie te posunięcia ograniczające swobodny przepływ dóbr i ewolucję produkcji (ograniczające dostęp do rynku) doprowadziło do zubożenia Husarzy, którzy nie mieli dość środków na wyekwipowanie się na wojnę. Zaprzestali szkoleń, zgnuśnieli, a wielu z braku zajęcia popadło w alkoholizm. Źle zarządzane majątki były przejmowane przez nową silną klasę zwaną magnaterią, całkowicie odrzucająca etos rycerski na rzecz powiększania włości (przeważnie dzięki niejasnym układom z władzami i wykorzystywaniem zubożałej szlachty tzw. kupczenie głosami). Doprowadziło to do sytuacji, że magnaci mogli wystawić pokaźniejsze wojska niż sam król. Sytuacja całkowicie wymknęła się spod kontroli… efektem czego był rozbiór przez państwa ościenne.

Wniosek działanie rządu faktycznie osłabiło pozycję szlachty ale jak to bywa z nieudacznymi działaniami rządu, osłabiono pozycję najwartościowszej szlachty tj. patriotów. W powstałą lukę przy sprzyjających warunkach wpasowali się cwani magnaci, skrzętnie wykorzystujący nieudolność Króla i wady jakimi obarczone były sejmy do realizacji własnych interesów – oczywiście po najmniejszej linii oporu czyli kosztem innych ludzi. Jak to bywa wszelkie działania „po najmniejszej linii oporu” dają mierne efekty tak było i w tym przypadku.

W dzisiejszych czasach, najsilniejszą armią pochwalić mogą się Stany Zjednoczone. Zawodowa armia, prywatne firmy zbrojeniowe , zachowanie wielu obostrzeń w stosunku do armii pozwala na utrzymywanie przewidywalnego niezwykle skutecznego i dobrze uposażonego wojska.

Myśliwce

Stryker

Dobrym wyszkoleniem, i zdolnościami bojowymi charakteryzuje się też legia cudzoziemska gorzej wyposażona ze względu na monopol ministerstwa obrony, korzystający niemal wyłącznie z produktów państwowych firm zbrojeniowych.

Legia

Jest też na świecie kraj mający „ukrytą” armię, mianowicie każdy obywatel zobowiązany jest do obrony swojego kraju w razie zewnętrznej agresji, przysługuje mu prawo do posiadania broni i umundurowania.

Szwajcaria

Kilka słów o naszych Siłach Zbrojnych.

Profesjonalizacja armii

O Polskiej Armii

Słowem podsumowania, zarówno historia jak i fakty przemawiają za daniem możliwości produkcji uzbrojenia prywatnym firmom, wprowadzaniu zawodowej armii, i zachowaniu odpowiednich środków zapobiegawczych w celu trzymania jej w ryzach – są to środki niezbędne aby móc konkurować i posiadać odpowiednią siłę choćby w celu odstraszania potencjalnych agresorów.


  • RSS